sobota, 2 stycznia 2016

Rozdział Drugi

Szłam między dwoma rosłymi mężczyznami, nie odrywając dłoni od rękojeści noża, spoczywającego przy moim pasie. Nie mogłam zrozumieć słów, które wypowiadali w języku Ziemian. Pomyślałam, jak bardzo przydałaby się teraz Octavia, która przez kilka ostatnich tygodni uczyła się u Indry, bardzo zasłużonej i wysoko ustawionej w hierarchii Ziemianki. Miałam nawet wrażenie, że gdyby przyszło jej wybierać, razem z Lincolnem opuściłaby obóz Jahy. Octavia już nie czuła się jedną z nas. 
Zadrżałam gdy kolejny podmuch lodowatego wiatru poruszył gałęziami wysokich drzew. Byłam już przyzwyczajona do mieszkania w lesie, w którym spędziłam kilka miesięcy, i nie wyobrażałam sobie tutaj potworów. Obawiałam się tego, co, lub raczej kto może skrywać się w ciemnościach. Doskonale pamiętałam pierwszą nieudaną podróż do Mount Weather, podczas której zostaliśmy zaatakowani przez Ziemian, a nie mieliśmy nawet o nich pojęcia. Nadal z łatwością mogłam przypomnieć sobie krzyk Jasepera. Jaspera, dla którego już nie istniałam, bo zabiłam Mayę, dziewczynę, którą kochał.
Z opóźnieniem zdałam sobie sprawę, że się zatrzymaliśmy. Wokół stało kilkanaście Ziemian, którzy nie spuszczali ze mnie podejrzliwego spojrzenia. Instynktownie uniosłam brodę i wyprostowałam się, starając się wyglądać na większą. Jednak w porównaniu do nich wyglądałam jak dziecko. 
Nie miałam zielonego pojęcia, czy coś grozi mi ze strony Ziemian. Zawiązaliśmy rozejm, kiedy potrzebowaliśmy swojej pomocy w uwolnieniu naszych ludzi z rąk Górali, jednak Lexa zdradziła mnie, zawierając z nimi umowę za moimi plecami. Gdy o tym pomyślałam, krew zaczęła buzować w moich żyłach w rytm szybkich uderzeń serca. Miałam ochotę na zemstę. To przez Lexę musiałam zabić kilkaset osób, żeby uratować bliskie mi osoby. To przez nią nie mogłam spędzić z nimi już nawet minuty, czując obrzydzenie do samej siebie na myśl o tym, co zrobiłam. To przez nią znalazłam się z dala od mojej matki, z dala od Bellamy'ego i Monty'ego. To ona namówiła mnie do ucieczki z TonDC, a ja głupia posłuchałam jej i naraziłam na śmierć ludzi, którzy byli w stanie poświęcić dla mnie życie.
I nagle zrozumiałam coś, co było oczywiste. Spłynęło na mnie tak łatwo, jakbym wiedziała to od zawsze, od chwili, kiedy urodziłam się na arce. Nienawidziłam jej. To była czysta nienawiść, pompująca do mojego ciała chęć mordu, chęć zobaczenia krwi na szyi, kiedy będę przyciskać zakrwawiony nóż do jej gardła. Chęć zobaczenia strachu w oczach Hedy, kiedy będą ją zabijać.

***

Mężczyźni zaprowadzili mnie do drewnianego pomieszczenia, w którym słyszałam cichą rozmowę. Bez wahania weszłam do środka, wiedząc, ze zastanę tam Lexę. Nie pomyliłam się. Siedziała na końcu długiego stołu, słuchając kobiety o ciemnych włosach, która pochylała się nad nią. Zacisnęłam zęby na jej widok i oplotłam palcami rękojeść noża, gotowa w każdej chwili zaatakować. Musiałam jednak poczekać na moment, kiedy będziemy same.
Podniosła głowę i spojrzała szarymi oczami w moją stronę, niezaskoczona moją obecnością. Jak zwykle wokół oczu miała czarne tatuaże, ciągnące się do bocznej linii jej brązowych włosów, spiętych z tyłu. Uniosła dłoń, a na ten znak kobieta, która do tej pory cały czas żywiołowo mówiła, zamilkła, odwróciła się i wyszła, nie zaszczycając mnie jednym spojrzeniem.
– Clarke – odezwała się cicho i delikatnie skinęła mi głową. Zwalczyłam odruch prychnięcia i z niechęcią pochyliłam głowę.
– Lexa – syknęłam jadowicie. – Chciałaś mnie widzieć.
Heda wstała z siedzenia o wysokim, plecionym oparciu i zrobiła kilka kroków w moją stronę. Nie miałam ochoty na rozmowy z nią, ale nie miałam wyboru. W pomieszczeniu nadal byli mężczyźni, którzy mnie tutaj przyprowadzili. Słyszałam za plecami ich oddechy i czułam zniecierpliwienie, kiedy przestępowali z nogi na nogę.
– Możecie iść – przyzwoliła w końcu, lustrując mnie wzrokiem. – A ty możesz odłożyć broń – dopowiedziała, kiedy jej strażnicy wyszli. Pokręciłam przecząco głową.
– Czego ode mnie chcesz, Lexa? – warknęłam, robiąc krok w jej stronę. Uniosła brwi do góry w wyrazie zaskoczenia.
– Nie wiedziałam, że będziesz do mnie wrogo nastawiona, Clarke. – Splotła ręce na piersi i oblizała wargi.
– A czego się spodziewałaś? – zadrwiłam. – Że szczęśliwa do ciebie przybiegnę i zgodzę się na każdą propozycję, którą zaoferujesz? Po tym, jak się ode mnie odwróciłaś i zmusiłaś mnie do zostawienia swoich ludzi na pewną śmierć, mimo że umawiałyśmy się zupełnie inaczej? – Z każdym kolejnym słowem nieświadomie podnosiłam głos. – Źle mnie oceniłaś, Lexa. Ja nie zostawiam swoich ludzi.
– Przepraszam – odezwała się niespodziewanie cicho w porównaniu do mnie. – Nie miałam większego wyboru, chodziło o moje plemię, o moją rodzinę.
– Nie żałujesz – stwierdziłam cierpko, widząc kłamstwo w jej szarych oczach. Zmrużyła powieki i przekrzywiła delikatnie głowę. – Miałaś wybór. Trzeba było zostać ze mną i walczyć, ale ty stchórzyłaś – przypomniałam jej. Wzięłam głęboki oddech, próbując uspokoić rozszalałe serce.
– Clarke, moi ludzie mogliby zginąć. – Odwróciła się do mnie bokiem i sprawdziła, czy prowizoryczne drewniane drzwi są zamknięte. Miała spięte ramiona i delikatnie drżały jej dłonie. – Ale chciałam porozmawiać z tobą o czymś innym.
Prychnęłam, kręcąc z niedowierzaniem głową.
– Przez to, co teraz robicie, moi ludzie, ci sami, których uratowałam, zaczęli się buntować. Obwiniają mnie o śmierć ich towarzyszy, rodzin, przyjaciół. Została mała garstka osób, która jest mi wierna, Clarke. – Głos miała pewny, ale w jej oczach zaczął rodzić się strach. – Nie chcą mnie przy władzy.
Zmarszczyłam brwi, nie mając pojęcia, o co jej chodzi. Co MY robimy? Co takiego działo się pod moją nieobecność w obozie Jahy?
– Nie wiem, o czym mówisz, Lexa. – Podeszłam do niej i spojrzałam jej w twarz. – I szczerze mnie to nie interesuje. Twój lud, twój problem. Zostaw mnie w spokoju.
Lexa zaśmiała się bez cienia wesołości. Wbiła we mnie ostry wzrok i zacisnęła dłoń na moim ramieniu.
– Jeżeli mnie obalą i pozbawią władzy, między Ziemianami a Ludźmi Nieba może już nigdy nie być pokoju, Clarke. Nie rozumiesz tego? Wiem, że od nich odeszłaś. Moi ludzie mi powiedzieli, kiedy kilkakrotnie zastali cię samą w lesie – powiedziała cicho. Wyszarpnęłam się z jej uścisku i zrobiłam krok w tył. – Nie obchodzi mnie powód. Nie obchodzi mnie, dlaczego to zrobiłaś. Ale musisz wrócić i powiedzieć swoim ludziom, żeby dali sobie spokój, bo to może się źle skończyć.
Przełknęłam głośno ślinę i zacisnęłam ręce, żeby zwalczyć odruch sięgnięcia po nóż.
– Teraz chcesz ode mnie pomocy, Lexa? – warknęłam. Przez jej twarz mignął cień strachu i zwątpienia. – Muszę wiedzieć, co takiego robią moi ludzie.
Zmarszczyła brwi.
– Myślałam, że wiesz. – Zamilkła na chwilę, nie spuszczając ze mnie wzroku. – Co dwa, trzy dni moi ludzie są atakowani. Natykamy się na ich ciała, góra trzy, cztery. Są to grupy, które patrolują najdalsze okolice naszej stolicy, Clarke. Jeden z nich zdołał wczoraj uciec, to dlatego cię wezwałam. Twoi ludzie zabijają moich pod dowództwem Bellamy'ego Blake'a. 

środa, 9 grudnia 2015

Rozdział Pierwszy

Minął szesnasty dzień, od kiedy opuściłam obóz Jahy. Szósty dzień, od kiedy z nikim nie rozmawiałam. Szósty dzień, w którym musiałam zmagać się z tym, co zrobiłam. Codziennie budziłam się zlana potem i z mocno bijącym sercem, nie mogąc odpędzić spod powiek obrazu ze snu. Jadalnia, wszyscy z zapałem i smakiem jedzą. Słychać śmiech dzieci bawiących się piłką i głośne rozmowy ich rodziców przy stołach. I nagle to wszystko przerywa krzyk. Skóra ludzi zaczyna robić się czerwona, zaraz potem czarna. Panika obejmuje całe pomieszczenie, w którym promieniowanie powoli spala wszystkich, topi ich. Nie oszczędza dzieci, nie oszczędza dobrych ludzi. Nie ma litości. 
I to wszystko była moja wina. To ja zabiłam kilkaset ludzi, żeby ocalić moich przyjaciół. To ja pociągnęłam za dźwignię, niszcząc ostatnią barierę, która chroniła tych ludzi przed śmiercią. Czy zrobiłabym to jeszcze raz? Tak. Zrobiłabym to milion razy, gdybym mogła tym samym uratować moją mamę, Raven, Jaspera, Monty'ego. Bellamy mógł mówić co chciał, ale to nigdy nie powinno zostać mi wybaczone. 
Rozpaliłam ognisko i potarłam dłońmi zmarznięte ramiona. Powinnam znaleźć jakieś miejsce, w którym mogłabym ochronić się przed zimnem. Każdego wieczoru doskwierało mi coraz bardziej. Myślałam o pójściu do Ziemian, ale nie mogłabym spojrzeć Lexie w twarz po tym, jak wystawiła mnie do wiatru i skazała moich ludzi na śmierć. 
Drzewa wokół mnie szeleściły cicho, złowrogo wymachując długimi gałęziami. Wokół słyszałam mnóstwo odgłosów nocnych zwierząt, które myszkowały w wysokich paprociach w poszukiwaniu jedzenia. Ja sama jadłam niedużo ˜˜˜– znalezione owoce i upolowane małe zwierzęta, upieczone później na ognisku. 
Tęskniłam za przyjaciółmi. Brakowało mi niemego porozumienia, które zawsze istniało między nami. Nieważne co się działo, potrafiliśmy czytać z wyrazu swoich twarzy i zrobić to, co najlepsze. Pomagaliśmy sobie bez wahania, szczególnie kiedy musieliśmy wymknąć się z Camp Jaha bez wiedzy mojej matki i Kane'a. Wciąż nie potrafiłam pogodzić się z myślą, że możliwe, że oni tam znowu walczą, narażają swoje życia, a ja uciekłam. 
Otarłam łzy z policzków i pociągnęłam nosem. Przymknęłam oczy, mając nadzieję, że tym razem nie będę śnić o niczym.

***

Obudziłam się, słysząc męski głos wołający moje imię. Otworzyłam oczy, stanęłam na równe nogi i wyciągnęłam zza pasa nóż. Serce zaczęło bić mi szybciej, pompując do moich żył adrenalinę. W moją stronę zmierzało czterech mężczyzn, Ziemian. Wszyscy byli wysocy, na potężnych, szerokich ramionach dzwoniła im cicho broń. 
– Clarke z Podniebnych Ludzi – zawołał jeden z nich po raz kolejny. Miał bliznę na lewym policzku, ciągnącą się od oka po kącik ust. – Musisz iść z nami. 
Pokiwałam przecząco głową, robiąc kilka kroków w tył. Nie chciałam nigdzie iść, nie po tym, czego doświadczyłam. – Heda chce z tobą rozmawiać.